
1. Eos 2. All the Love 3. Like Music 4. Vigil 5. Shadows of the Sun 6. Let the Children Go 7. Solitude (Black Sabbath cover) 8. Funebre 9. What Happened?
Skład: Kristoffer Rygg – wokal, programowanie; Tore Ylwizaker – klawisze, programowanie; Jørn H. Saren –bębny; gościnnie: Oslo Session String Quartet w składzie Hans Josef Groh – wiolonczela; Dorthe Dreiser – altówka; André Orvik – skrzypce; Vegard Johnsen – skrzypce; oprócz tego Mathias Eick – trąbka; Christian Fennesz – supplemental shimmer; Espen Jørgensen – gitara akustyczna, gitara elektryczna
Jester Records, 2007
|
|
Z góry zaznaczę, że bardzo nie chciałbym być na miejscu tej trójki panów. Presja, jaka ciążyła na nich przed wydaniem „Shadows Of The Sun” była przecież kosmiczna, oczekiwania związane z tą płytą pewnie bardzo ciążyły, a nadzieje fanów na kolejne niezwykłe dzieło nie sprzyjały pracy. Przy okazji, przyzwyczajeni (głupio brzmi to słowo w tym przypadku) do zmiany stylistyki z płyty na płytę, także i tym razem liczyliśmy na znaczny skok w zupełnie inny, muzyczny rejon. I myślę, że w pewnym sensie trochę tak się stało; po niespokojnym „Blood Inside” otrzymaliśmy płytę wyciszoną, oniryczną i subtelną.
Ale, ale! Tym razem Ulver nie zmienił stylu swojej muzyki aż tak drastycznie, jak to bywało wcześniej. Jak wiemy, ekipa pana Rygga aka Trickstera G. aka Garma parała się black metalem, folkiem, industrialem i mocną elektroniką, spłodziła także parę soundtracków, zaś poprzedzająca „Shadows Of The Sun” płyta „Blood Inside”, choć na swój sposób niespokojna i nieokiełznana, to jednak była już dość oniryczna i nieco wyciszona. Najnowsze dzieło Ulver to krok, a nawet dwa, w tym właśnie kierunku: subtelności, uspokojenia formy, malowania dźwiękiem. „Cienie Słońca” to krążek pejzażowy i malowniczy, w którym gitary prawie wcale się uświadczy. Nie ma też co liczyć na żaden wyraźniejszy rytm – w zasadzie, rzadko kiedy pracują też bębny. Dominuje tutaj lekka, ambientowa elektronika i pianino, zaś uroku i piękna dodają fantastyczne partie trąbki w wykonaniu Mathiasa Eicka. Instrument ów pojawia się co prawda tylko w trzech utworach: „All The Love”, „Let The Children Go” oraz coverze Black Sabbath „Solitude”, jednak pierwszy z tych utworów jest niezwykły właśnie za sprawą genialnego motywu zagranego na trąbce. Na płycie usłyszeć można również smyki Oslo Session String Quartet, które wypadają całkiem nieźle zwłaszcza w „Like Music”.
Ulver udało się stworzyć muzykę z pozoru przyjazną i przystępną, delikatną, która raczej sprzyja relaksowi, jednak po zagłębieniu się w klimat „Shadows Of The Sun” odkrywa się pełen tajemnicy i mroku mistyczny nastrój; można odnieść wrażenie, że słuchacza okrywają tytułowe „Cienie Słońca”. Wrażenie to potęguje niezwykle spokojny wokal Garma, zdający się być zupełnie wyzutym z emocji. Co prawda od czasu do czasu zdarzają się pewne eksperymenty ze śpiewem, jednak najczęściej, jak np. w „All The Love”, nie wypadają do końca korzystnie.
Na osobny komentarz zasługuje niezwykły cover „Solitude”. Jest to jeden z nielicznych utworów, w których pojawia się gitara elektryczna, zaś linia melodyczna utworu jest dość wyraźnie zaznaczona. Krótko mówiąc, jest to genialna przeróbka świetnego kawałka, któremu nadano zupełnie inny wymiar i charakter.
Pora skończyć słodzenie i przejść do mankamentów tego krążka, których, niestety, parę się tu znajdzie. Przede wszystkim: „Shadows Of The Sun” praktycznie w ogóle nie ma pierwiastka zaskoczenia; jedynie wspomniane już partie trąbki nadają tej w sumie dość monotonnej muzyce nieco świeżości. Album ten jest dość przewidywalny. Słuchacz cały czas czeka na jakiś punkt kulminacyjny, swego rodzaju wybuch, zwłaszcza, że płyta ma klimat narastającego napięcia. Niestety, nic takiego nie następuje, a trochę szkoda.
W każdym razie, choć pan Kristoffer Rygg i jego koledzy nie zaskoczyli, nie wstrząsnęli muzycznym światkiem, ani nie nagrali dzieła wiekopomnego, to jednak wydali płytę co najmniej dobrą, wciągającą, czarującą swoim onirycznym i tajemniczym klimatem. Płytę, która momentami jest nudna, lecz znacznie częściej jest piękna i zajmująca, a do tego ma kapitalną okładkę, o której grzechem byłoby nie wspomnieć. Ja jestem, no może nie w stu procentach, ale jednak usatysfakcjonowany.
Ocena: 8/10
Emef
|