
1. When Trust Becomes Sound 2. Treasure 3. All You Are 4. The West Pole 5. No Bird Call 6. Capital Of Nowhere 7. You Promised Me A Symphony 8. Pale Traces 9. No One Spoke 10. A Constant Run
Skład: Silje Wergeland – wokal; Rene Rutten – gitara; Frank Boeijen – klawisze; Hans Rutten – perkusja; Marjolein Kooijman - bas
Psychonaut Records, 2009
|
|
Odejście Anneke van Gisbergen było niewątpliwie sporym rozczarowaniem dla fanów The Gathering, Wokalistka obdarzona przepięknym, bardzo charakterystycznym głosem była największym atutem zespołu, to od jej debiutu na „Mandylion” tak naprawdę zaczęła się ich kariera. Anneke bardzo dobrze odnajdywała się zarówno w gotycko-metalowej konwencji, w ramach której poruszali się początkowo Holendrzy, jak i na późniejszych płytach, na których metalowa przeszłość stawała się coraz odleglejszym wspomnieniem.
Minęły trzy lata od wydania „Home”, dwa lata od odejścia Anneke. Jest nowy album i nowa wokalistka, niejaka Silje Wergeland., wcześniej produkująca się w Octavia Sperati (tak, mnie ta nazwa również niewiele mówi… ).
Zaczyna się nie najgorzej. Następujące po dość dziwnym, hałaśliwym intro ( „When Trust Becomes Sound" ) „Treasure” i „All You Are” są całkiem chwytliwymi, choć dość banalnymi kawałkami. Silje udowadnia że jest utalentowaną wokalistką, ma ładny głos, nieco zbliżony barwą do głosu Anneke. To ona jest największym atutem płyty. Zespołowi udało się zachować ten charakterystyczny dla ich muzyki, rozmarzony klimat, trochę jak ze starych opowieści, cały czas słychać, że to The Gathering. Niestety tak naprawdę warstwa instrumentalna „The West Pole” nie jest specjalnie porywająca - ot trochę pitolenia na akustykach, trochę nieskomplikowanych rockowych riffów i atmosferycznych plam dźwiękowych. Czasami prostota tych dźwięków jest zwyczajnie irytująca, jak choćby na rozciągniętym niemiłosiernie „Pale Traces”. „You Promised Me A Symphony” i „Capital Of Nowhere” to utwory z rodzaju „siadamy na krzesełkach, przybieramy uduchowione oblicza i robimy klimat” ( choć pod koniec Capital…, kiedy uderzają shoegazowe, przestrzenne gitary robi się trochę ciekawiej ).
Symptomy kryzysu twórczego były widoczne już na „Home”, bezbarwnej płycie, na której jednak znalazło się parę całkiem dobrych, przebojowych kawałków ( „Alone” czy „Waking Hour” ). Tutaj zabrakło i tego. Zespół utracił gdzieś ten eksperymentatorski pazur. Zamiast kombinowania, brzmieniowych eksperymentów ( jak na moim ulubionym „Souvenirs” ) dostaliśmy zestaw bezpiecznych, w większości niezbyt porywających soft rockowych kawałków. Ostatnie wydawnictwo Holendrów jest po prostu bardzo przeciętną, wtórną płytą. Mam wrażenie że zespół zwyczajnie wypalił się, nie ma specjalnego pomysłu na swoją muzykę. Nowa wokalistka, choć, jak już wspomniałem, radzi sobie bardzo dobrze, nie ma tej charyzmy co poprzedniczka.
W sumie wyszło tak jak się obawiałem, zamiast jednego doskonałego zespołu mamy dwa średniej jakości projekty ( Agua De Annique, nowy projekt Anneke – powiedzmy delikatnie – rewelacyjny nie jest ). Cóż, ja wracam do słuchania „Nighttime Birds” i „Souvenirs”.
4/10
Million Summers
|