Dodano: 8 czerwca 2010 Autor:
|
Skład:
Mirai Kawashima – wokal, instrumenty klawiszowe, sample, programowanie, wokoder, The End Records, 2010
|
Trudno było przewidzieć, w jakim kierunku japoński Sigh pójdzie na swoim kolejnym albumie. Zespół ten przez lata swojej działalności przyzwyczaił swoich fanów do większych lub mniejszych, ale za to częstych zmian w stylistyce nagrywanych płyt. Tym chętniej sięgnąłem po najmłodsze dziecko Mirai i jego świty - „Scenes From Hell”. Już w pierwszym utworze „Prelude to Oracle” zespół udowadnia, że szaleństwa i podniosłości na tym albumie na pewno nie zabraknie. Perkusista nie ma dla siebie litości i rozpędza ten orientalny pociąg do szybkich thrashowych rytmów, w czym wtóruje mu Shinichi wygrywając dość proste riffy, racząc słuchacza od czasu do czasu solówką. Zadziorny wokal Mirai dodaje jeszcze więcej agresji w muzykę Sigh. Za to wszelkiego rodzaju orkiestralne partie swoim patetyzmem dosłownie zwalają z nóg. W „The Soul Grave” w wolniejszym i spokojniejszym momencie doskonale słychać, jak te wszystkie instrumenty świetnie ze sobą współgrają. Każda kolejna kompozycja prezentowana przez Sigh na „Scenes From Hell” przepełniona jest podniosłymi czy wręcz cyrkowymi patentami wygrywanych na klawiszach, trąbkach czy saksofonie. Właśnie cały urok tego zespołu tkwi w tym, że stylistycznie Mirai i spółka stąpają po bardzo cienkiej granicy pomiędzy powagą i patosem a zupełnym szaleństwem i rozbrajającym, perfidnym żartem. „The Summer Funeral” poraża słuchacza doznaniami z tej pierwszej grupy. Jednak kolejny po nim „Musica In Tempora Belli” to już bezwzględny pokaz chaosu i wariackiego grania. Od czasu do czasu dodatkowego kolorytu tej płycie dodaje Dr. Mikannibal – urocza wokalistka (ach, te Azjatki…), która swoim growlem mogłaby zdeklasować niejednego dżentelmena parającego się agresywniejszymi formami „śpiewu”. Babeczka naprawdę ma parę w gębie i pojemne płuca (mam oczywiście na myśli umiejętność gry na saksofonie).
Po 43 minutach tej ciągłej jazdy bez trzymanki i zmian nastroju niczym w kalejdoskopie, album dobiegł końca. Warto puścić go ponownie, bo „Scenes From Hell” to naprawdę dobry kawał grania. Brakuje na nim jakiegoś bardziej eksperymentalnego podejścia do komponowania muzyki, ale poziom wypracowany na wcześniejszych płytach Japończyków został zachowany i na tym krążku. Dla każdego, kto nie boi się dziwnych czy wręcz komicznych elementów w metalu, najnowsze dzieło Sigh powinno być bardzo smakowitym kąskiem. |







