Recenzja: Ihsahn - After [Bastet]

1. The Barren Lands
2. A Grave Inversed
3. After
4. Frozen Lakes on Mars
5. Undercurrent
6. Austere
7. Heavens Black Sea
8. On the Shores
 

Skład:

Ihsahn - wokale, gitara, keyboards,
Asgeir Mickelson - perkusja,
Lars Koppang Norberg – bas,
Jørgen Munkeby – saksofon,
 

Candlelight, 2010

 

 

Postanowiłam podejść do zagadnienia pt. „After” profesjonalnie i nie stawiać z góry dziesięciu punktów na dziesięć, a czas przeznaczony na pisanie recenzji pożyteczniej spędzić na plaży w Malibu, z drinkiem z palemką w garści. Potem, ewentualnie, machnąć parę zdań o geniuszu i progresji. Niestety, stan mojego konta nie pozwolił na luksusowy wyjazd, drinki z palemką też jakoś wypadły z planu dnia i chcąc nie chcąc usiadłam do przesłuchania nowego dzieła Ihsahna oraz napisania niniejszej recenzji.

Znowu założenie z góry, że Ihsahna i tak nie obsmaruję, było ze wszech miar słuszne.

Płyta jest od początku do końca znakomita. Nie tak eklektyczna i pokręcona jak „The Adversary”, ani tak kojąca i senna jak „angL”. Jest jedyna w swoim rodzaju.

„After” to album zaskakująco chwytliwy. Nie mam tu, oczywiście, na myśli chwytliwości w stylu Lady GaGa („Ga-ga, oo la-la” – nie, to nie ten adres), ale specyficzną, wkręcającą się w głowę mieszankę melodyjności i eksperymentalnych wstawek (progresywnych, hje, hje). Ihsahn zrezygnował z nadmiaru growli na rzecz łagodniejszego wokalu i jest w tych śpiewach  coraz lepszy. Tytułowy numer po prostu zapiera dech.

Druga wspaniała rzecz, cechująca ten album – saksofon. Pożyczenie sobie do studia pana z norweskiego Shining zaowocowało rewelacyjnymi, saksofonowymi łamańcami, dzięki którym każdy numer, w którym Munkeby bierze udział, nabiera niesamowitego blasku. W dodatku saksofon jest używany raczej oszczędnie, pozostawiając tak pożądane uczucie niedosytu. Nie znoszę, kiedy fajny patent na fajnej płycie używany jest tak nachalnie, że przestaje być fajny! Tutaj fajność została w pełni zachowana.

Album ma jeszcze jedną cechę, której łaknę w muzyce. Mianowicie ma tak zwane momenty. Momentem na ten przykład jest użycie organów Hammonda, nadających takiemu „Austere” uroczej patyny i nietypowych dla takiego grania skojarzeń z muzyką z lat siedemdziesiątych.

W „After” można się zakochać. Porusza bogactwem dźwięków, oszałamia melodyjnością, zwodzi i kusi. Jest przy tym energiczny, szybki i, momentami, lekko nieokrzesany. Przy tym skomplikowany, jak na ex dowódcę Emperor przystało i poruszająco jazzowy. Ihsahn udowadnia, że choć ładne kilka lat wojuje na metalowej scenie, to pomysłów mu nie ubywa. Ba, z roku na rok jest coraz lepszy.

Rozbrajająco dobra rzecz.

                                                           9,5/10 Bastet

P.S. – Nie wiem, po co ja komentuję te płyty. Od lat na temat jego twórczości nie powiedziałam nic nowego. Lepiej było iść na drinka.

 

<< Powrót do kompedium