Dodano: 8 czerwca 2010 Autor:
|
1. Mniej Dominik Gębura - wokal, gitara, Piotr Cichoń - gitara, Łukasz Książek - gitara basowa, Radek "Rzęsik" Rzęsa - perkusja,
|
Zajmowanie się krytykowaniem dokonań muzycznych bliźnich to zabawa z żetonami. Dziesięć żetonów i dwie strony biurka. Moje biurko murem podzielone, na minus żetony w lewą stronę…pozytywy idą na prawą. Pierwszy punkt Bullshit Baby zarobili za okładkę. Wiem, wiem, książki ani płyty po okładce się nie ocenia, ale to jednak przyjemność wziąć do ręki tak ładnie wydany, ładnie opakowany krążek. Z czarnej, że się posłużę cytatem jednego z naszych współczesnych celebrities, „jak dupa Szatana” okładki łypie na nas ognista diablica. Miła, bezpretensjonalna, w sam raz jako nadruk na koszulkę. A ja lubię ładne koszulki. Żeton na prawo. Po odpaleniu płyty jest już nieco gorzej. Muzyka wprawdzie pasuje do okładki – ot, miła, bezpretensjonalna, może lekko komiksowa, ale ten wokal! Pan Dominik ma coś takiego w głosie, że zmusił mnie, abym with little help from my friend związała sobie obie ręce i tym sposobem przesłuchała materiał do końca. I to, co ciekawe, nie chodzi nawet o to, że używać głosu nie umie – bo śpiew sam w sobie jest ok. Ale mnóstwo nie ok są usilne, dramatyczne próby brzmienia jak przepity, sterany życiem konfederat, który nie wypuszcza z ust cygara, a z ręki szklanki z burbonem. Żeton w lewo. Drugi żeton w lewo za kiepski angielski, który tylko pogłębia przykre wrażenie podczas obserwowania wysiłków wokalnych. Choć może lepiej, że są teksty po angielsku, bo ten jedyny po polsku jest tak koszmarny, że spuśćmy na niego zasłonę milczenia. A co z muzyką samą, zapytacie? Otóż nad muzyką samą toczyła się dysputa z kolegą moim redakcyjnym, Grzegorzem, który to ma tą przewagę nade mną, że fanem stonera jest, a ja wcale. Ja twierdziłam, że wieje nudą, on – że wręcz przeciwnie. Ja, że monotonnie jest – on, że stoner to południe Stanów, a tam prerie, pustynie, „Arizona Dream” i taki krajobraz nie może być urozmaicony, więc siłą rzeczy muzyka też nie. Ja, że jak mnie płyta nuży po dwóch utworach, to znaczy, że nie jest całkiem fajna. On, że jemu się nie nuży i jest fajna. Przyznałam mu jednak rację w jednym – Bullshit Baby nagrało zupełnie niezłą płytę, nadającą się na wszelkiego rodzaju orgie i libacje alkoholowe, podczas których tłum pijanych osobników płci obojga wali rytmicznie kuflami piwa w drewniane ławy. Tym samym przypomnieli mi, że muzyka nie służy tylko jako soundtrack do intelektualnych i metafizycznych rozterek ani do przezywania jej w samotności. Służy też do zabawy. Kolega Grzegorz przytaknął gorliwie i tym sposobem po obu stronach biurka znalazło się po 5 żetonów. Po długich negocjacjach, krakowskim targiem doszedł jeden na prawo. Na zachętę.
Jak widać, płyta przeznaczona dla die hard fans stonera, dla innych - niekoniecznie. Ale jak na debiut – wcale nieźle, wcale nieźle. |







