Dodano: 30 sierpnia 2010 Autor:
|
1.Thin Air Kscope Records, 2010
|
7! I po siedmiu latach wstrząs. Kto zna poprzednie albumy Anathemy wie, że od długiego czasu pracują nad złagodzeniem brzmienia. Ale żeby aż tak? Wstrząs po pierwszym przesłuchaniu był na tyle silny (pamiętajcie – siedem lat), że podjęłam dojrzałą decyzję obrazić się na nich za stracone nadzieje. „O nie, panowie Cavanagh, tak się nie bawimy” pomyślałam sobie i w ramach protestu włączyłam nowe Watain. A potem puściłam nowy album ekipy z Liverpoolu jeszcze raz. Ten „jeszcze raz” trwa do tej pory. Po drugim przesłuchaniu wybaczyłam im ich kolejne problemy z wytwórniami, wydawcami, zniszczonymi wzmacniaczami, samymi sobą i innymi przeciwnościami losu, które sprawiły, że droga do studia Vincenta i reszty była wyboista. Ten album jest piękny. Jest ciepły, łagodny, pogodny, melodyjny i tak nieprawdopodobnie anathemowaty, że nie sposób się w nim nie zakochać. Czekoladowy głos Vincenta płynie sobie na tle niespiesznych melodii i przywodzi na myśl same miłe skojarzenia. Czy to w relaksującym „Dreaming Light” czy pobrzmiewającym „A Fine Day to Exit” „A Simple Mistake” słychać 100% starej dobrej Anathemy. Broni się nawet „Angels Walk About As”, przy okazji którego zespół wykonał krok ryzykowny, żeby nie rzec – samobójczy. Otóż w piosence o spacerujących aniołach udziela się nie kto inny, jak idol nastolatek made in Finland, Ville. Tak, ten. Valo. I wyobraźcie sobie, że nawet on nie zepsuł tego utworu. Pomrukuje sobie gdzieś tam w tle, skutecznie zagłuszany przez pana Cavanagh. Jeśli już go słychać, to sporadycznie i nieszkodliwie. Swoją drogą, nie rozumiem tej mody na zapraszanie wszędzie tego gościa. Wokalista z niego żaden. „We’re here…”, poza debilnym tytułem (naprawdę jest głupi) właściwie nie ma wad. Może momentami niektóre kompozycje się dłużą, ale to chyba specjalny zabieg, bo płyta jest przestrzenna i atmosferyczna, pełna dźwiękowych plam. Przy płycie maczał paluchy Steven Wilson, więc może to też jego zasługa. Anathema wróciła i pokazała, że jeśli chodzi o granie z krainy łagodności, to nie ma sobie równych. Nawet po siedmiu latach milczenia.
Bastet |







