Recenzja: Anathema - We're Here Because We're Here [Bastet]


 

1.Thin Air
2.Summernight Horizon
3.Dreaming Light
4.Everything
5.Angels Walk Among Us
6.Presence
7.A Simple Mistake
8.Get Off, Get Out
9.Universal
10.Hindsight

Skład:
Vincent Cavanagh – wokal, gitary,
Daniel Cavanagh – gitary, instrumenty klawiszowe, wokal,  
John Douglas – perkusja, instrumenty klawiszowe, gitara,
Jamie Cavanagh – gitara basowa,
Lee Douglas - wokal
Les Smith – instrumenty klawiszowe

Kscope Records, 2010

 

 

 




 

 

7!
7!!
7!!!
7 cholernych, kopanych lat trzeba było czekać, aż rude Brytole zechcą w końcu wejść do studia i uprzejmie nagrać album, o którym 7 (słownie – siedem) lat opowiadali w kółko każdemu, kto chciał ich słuchać. Ponieważ należę do ich bezkrytycznych wielbicielek, to było cholernie długie siedem lat.

I po siedmiu latach wstrząs. Kto zna poprzednie albumy Anathemy wie, że od długiego czasu pracują nad złagodzeniem brzmienia. Ale żeby aż tak? Wstrząs po pierwszym przesłuchaniu był na tyle silny (pamiętajcie – siedem lat), że podjęłam dojrzałą decyzję obrazić się na nich za stracone nadzieje. „O nie, panowie Cavanagh, tak się nie bawimy” pomyślałam sobie i w ramach protestu włączyłam nowe Watain. A potem puściłam nowy album ekipy z Liverpoolu jeszcze raz.

Ten „jeszcze raz” trwa do tej pory.

Po drugim przesłuchaniu wybaczyłam im ich kolejne problemy z wytwórniami, wydawcami, zniszczonymi wzmacniaczami, samymi sobą i innymi przeciwnościami losu, które sprawiły, że droga do studia Vincenta i reszty była wyboista. Ten album jest piękny.

Jest ciepły, łagodny, pogodny, melodyjny i tak nieprawdopodobnie anathemowaty, że nie sposób się w nim nie zakochać. Czekoladowy głos Vincenta płynie sobie na tle niespiesznych melodii i przywodzi na myśl same miłe skojarzenia. Czy to w relaksującym „Dreaming Light” czy pobrzmiewającym „A Fine Day to Exit” „A Simple Mistake” słychać 100% starej dobrej Anathemy.

Broni się nawet „Angels Walk About As”, przy okazji którego zespół wykonał krok ryzykowny, żeby nie rzec – samobójczy. Otóż w piosence o spacerujących aniołach udziela się nie kto inny, jak idol nastolatek made in Finland, Ville. Tak, ten. Valo. I wyobraźcie sobie, że nawet on nie zepsuł tego utworu. Pomrukuje sobie gdzieś tam w tle, skutecznie zagłuszany przez pana Cavanagh. Jeśli już go słychać, to sporadycznie i nieszkodliwie. Swoją drogą, nie rozumiem tej mody na zapraszanie wszędzie tego gościa. Wokalista z niego żaden.

„We’re here…”, poza debilnym tytułem (naprawdę jest głupi) właściwie nie ma wad. Może momentami niektóre kompozycje się dłużą, ale to chyba specjalny zabieg, bo płyta jest przestrzenna i atmosferyczna, pełna dźwiękowych plam. Przy płycie maczał paluchy Steven Wilson, więc może to też jego zasługa.

Anathema wróciła i pokazała, że jeśli chodzi o granie z krainy łagodności, to nie ma sobie równych. Nawet po siedmiu latach milczenia.

                                                                           

                                                                      Bastet

<< Powrót do kompedium